sobota, 12 lipca 2014

To już prawie dwa tygodnie od kiedy mieszka z nami Magia.
Postępy jakich dokonuje to na razie małe kroczki w kilometrowej drodze, ale każdy najmniejszy bardzo mnie cieszy. Czasami los płata mi figle i aparat odmawia posłuszeństwa, dlatego dzisiaj posiłkować się będę zdjęciami wykonanymi telefonem -  za co bardzo przepraszam. Zaznaczę też, że stajnia jest w trakcie budowy dlatego jeszcze niektóre rozwiązania konstrukcyjne są prowizoryczne - ale nie szkodliwe dla zwierząt.

Na samym początku chciałabym serdecznie podziękować przecudownym osobom, które mnie otaczają, wspierają oraz pomagają. To dla mnie bardzo ważne, że w tej ciężkiej batalii nie pozostaje sama.
Klacz w kilka dni po przyjeździe otrzymała pełną, pielęgnacyjną wyprawkę - szczotkę, kopystkę, zgrzebło i to wszystko w przepięknym pomarańczowym kolorze. Kilogramy jabłek, marchwi oraz suchego chleba!
Gdyby zjadła to wszystko na raz, to chyba nie obyłoby się bez kolki. Towaru było tyle że wystarczyło na kilka dni! I do tego ciągle go przybywa:) Oczywiście, aby pozostali mieszkańcy nie czuli się pominięci byli zaopatrywani: Kacpersky w banany (to najprawdziwszy koneser bananów!), Mela w herbatniki, a Asti w marchewki. Multum ciepłych telefonów, budujących komentarzy. To wszystko daje mi motywację do dalszej walki o lepsze życie dla "magicznej" klaczy. Mamy już zagwarantowany nowy kantar, który dostarczony będzie przy najbliższej okazji odwiedzenia Magii przez darczyńce.

No właśnie: KANTAR. Tym zagadnieniem rozpocznę dzisiejszy wątek. Do środy włącznie klacz cały czas chodziła w tym w czym przyjechała. Ręce człowieka w okolicy głowy nadal wzbudzały wielkie emocje, których chciałam jej zaoszczędzić. Po półtora tygodnia stwierdziłam, że najwyższy czas pozbyć się tej wątpliwej ozdoby (otrzymałyśmy na czas transportu kantar iście "z demobilu" - powiązany sizalem zamiast karabińczyka).

Klacz była nieustannie przygotowywana do zdjęcia "ozdoby", a tak naprawdę do ponownego jej założenia - bo zdjąć to każdy potrafi:)
Nasze relacje zaczynałyśmy w bezpiecznej odległości od samej głowy. Wszelkie "pieszczoty" koncentrowane były na kłodzie, kłębie oraz szyi. Magia była głaskana u podstawy szyi, a ludzka ręka z sekundy na sekundę wędrowała wyżej w kierunku ganaszy. Jeżeli klacz przejawiała minimalne oznaki dyskomfortu - usztywniała się, patrzyła z niepokojem - dłoń natychmiast, ale powoli cofała się do punktu wyjścia. W ten sposób w krótkim czasie (bo w przeciągu kilku dni) udało się dosięgnąć do jej ganaszy i policzków. Był to bardzo trudny etap zarówno dla niej jak i dla mnie.

Dlaczego? Proszę - zapamiętajcie - konie nie lubią głaskania po głowie - jedynie je  TOLERUJĄ oraz zezwalają na nie zaufanym osobom. Ten dotyk nie sprawia im większej przyjemności. Nie boli, ale też nie jest komfortowy. Konie pozwalając na manewry w okolicy łba okazują nam zaufanie, o czym większość ludzi nie wie lub zapomina. Dlaczego wierzchowce nie odnoszą przyjemności podczas głaskania po głowie? Tutaj potrzebna jest wiedza z zakresu anatomii konia oraz świadomość pola widzenia zwierzęcia. Na szybko: wyobraźcie sobie, że siedzicie na krześle z zamkniętymi oczami. Obok Was jest znajoma osoba, która swoim głosem informuje, ze zaraz Was dotknie. Kojarzycie to uczucie, kiedy spięci czekacie na uczucie dotyku, ale nie wiecie kiedy i w którym  miejscu on nastąpi?


Najczęściej "dotknięci" lekko drgniemy lub podskoczymy z zaskoczenia. Nie jest to dla nas komfortowe. Tak samo jak my nie widzieliśmy znajomej nam osoby, tak samo koń nie widzi naszej ręki w okolicy głowy - a szczególnie w okolicy czoła. Tylko zwierze, które ufa i nie boi się człowieka (jest z nim obeznane), pozwoli na położenie dłoni między oczami. I tak, konie aby przetrwać i nie zwariować, zapamiętują nasze zachowania oraz uczą się je akceptować. Dlatego te "szkółkowe", które mają styczność z wieloma osobami będą obojętne na głaskanie po głowie, a młode podczas przyuczania do obcowania z człowiekiem, będą reagowały z dystansem okazując dyskomfort. Rozumiejąc to, zobaczycie jakim zaufaniem obdarza Was koń, któremu zakładacie kantar bądź ogłowie. Dla niego dotknięcie wędzidła o wargi ZAWSZE jest zaskoczeniem - a stały kontakt czuciowy pomaga w "widzeniu" tego czego wzrok nie obejmuje. (Teraz już wiecie czemu niektóre konie uczą się zadzierać głowę podczas kiełznania - nie zawsze podstawą takiego zachowania jest bunt. Najpierw jest zaskoczenie i strach przed "niewidocznym", a dopiero później szybka obserwacja, że im głowa wyżej, tym człowiekowi trudniej wepchnąć żelastwo do pyska. Te bardzo sprytne i leniwe wykorzystują nasze "niedoskonałości" w wysokości i zadzierają głowę aż pod sam sufit. Narowią się.)

Kiedy Magia "nauczyła" się nowych ruchów ręki w okolicy głowy - przestała się ich bać (do tej pory ręka przy głowie kojarzona była jedynie z bólem). Nie mrużyła oczu, stała rozluźniona i spokojnie dała przybliżać dłoń do łba. Wtedy kantar został zdjęty. Tego dnia uwolniłam konia od ozdób "nagłowowych"! Oczywiście codziennie ćwiczymy zakładanie i zdejmowanie, tak aby ta czynność stała się dla niej rutynową. Do tej pory wszystko przebiega bezproblemowo.

Pod koniec drugiego tygodnia do pomocy wkroczyła matka natura:) Magia zaczęła się grzać. Ehhh te hormony! To one są głównodowodzącymi w naszym organizmie, a mózg jest tylko gońcem na posyłki:) Klacz stała się bardzo przystępna dla obu Panów. Zaczęła bardzo blisko nich podchodzić i przyzwalać na zapoznawcze wąchanie. Teraz, przez te kilka dni konie mają szansę na stworzenie wspólnej relacji. Zakładam, że jak hormony wrócą do normy, jej przystępność znowu spadnie, więc zegar tyka...
Nie pociesza mnie też fakt, że w Kacpra wstąpił instynkt ogiera (mimo, że od baaaardzo dawna jest kastratem) i obskakuje klacz, a ta na to JESZCZE pozwala. Stoję przed ogromnym dylematem - odgrodzić ich czy nie. Są plusy i minusy obu rozwiązań. Zostawię ich razem - narażę klacz na ciężar 800 kg na grzbiecie, Kacpra na kopa jak ta przestanie się grzać. Rozdzielę - zaburzę budowanie relacji i narażę Kacpra na powieszenie na ogrodzeniu jak będzie chciał się do niej dostać. Dzisiaj pozostają pod obserwacją - mam nadzieję, że Magia bezkolizyjnie nauczy grubasa, że się na klacz nie skacze, nie posiadając do tego "predyspozycji"





Brak komentarzy: