środa, 2 lipca 2014

Magia

Ten wpis będzie inny niż dotychczasowe. Temat, który w nim poruszę jest bardzo ważny dla mnie i do tej pory ściska mnie za serce. Będzie to preludium dłuższej historii, która będzie miała swoje wzloty i upadki. Życie pisze ją na bieżąco, bo to co opisuję odbywa się tu i teraz... w przeciągu kilku dni.

Od początku:
Fundacja "Przyjazna Łapa" odebrała nakazem sądowym zagłodzonego i wycieńczonego konia, nad którym właściciel długotrwale się znęcał. Najprawdopodobniej użytkował klacz w pracach polowych, a w przypadku niesubordynacji lał ją gdzie i czym popadnie. Nie patrzył czy głowa, czy nogi. Ciosy były na tyle silne i bolesne, aby skrzywić końską psychikę i wzbudzić lęk przed ludźmi. Zapominał tez konia karmić oraz poić. Tak jakby w akcie szaleństwa tworzył Perpetum Mobile... nie je, nie pije, a chodzi i... żyje. Przeżyć się nie udało poprzednikom Magii (Bo tak ją nazwałam). Skończyli w przydomowym dole. Cmentarzysko koni. Klacz też tam miała trafić - zejść z tego łez padołu niezauważona, niepotrzebna, zakatowana, NIEKOCHANA.

Odebrać klacz byłemu właścicielowi nie było łatwo. Musiały odbyć się dwie rozprawy rozwleczone w czasie. Jednak udało się to Agnieszce z Fundacji "Przyjazna Łapa" oraz p. Marzenie z tamtejszej gminy. Wyrok? Żałosny. Za znęcanie się nad zwierzakiem w naszym kraju grożą zawiasy, śmieszna darowizna na rzecz fundacji oraz dwuletni zakaz posiadania zwierząt - ale uwaga - TYLKO "tego typu".

Co z koniem dalej począć? Nikt go nie chciał. Kości powleczone skórą. Kwiczący i kopiący zwierz. Na co komu taki "stwór"? Znalazł się gospodarz, który za opłatą dał klaczy dom tymczasowy. Poszukiwania nowego właściciela trwały, a dług wobec DT (dom tymczasowy) rósł i rósł. Ostatecznie Agnieszka zwróciła się do mnie.

Wtedy pierwszy raz poznałam historię Magii i nie była ona z tych "magicznych". Ze łzami w oczach czytałam co ten zwyrodnialec z nią wyprawiał. Decyzję podjęłam sercem bez racjonalnego myślenia - zabieram ją pod swoje skrzydła. Dam jej nowy, ciepły i kochający dom. Serce mam pojemne, bo już mieszkają w nim 4 konie, pies oraz 10 kotów. Jedna mordka więcej nie obciąży bardziej i tak nadwyrężonego budżetu domowego. Jedziemy po nią!

Do klaczy miałam 160 kilometrów. Niedziela. Nikt nie chciał przewieźć problematycznego konia. Nawet gospodarz u którego stała miał ważniejsze rzeczy do robienia - czyli zbieranie truskawek. Los dość często płatał mi figle i grał na nosie. Skoro miało być tak po raz kolejny - to pojadę po nią sama. Pożyczyłam od zaprzyjaźnionej stajni samochód oraz przyczepę. Wyjechaliśmy o 5 rano. Przez cała drogę martwiłam się o wszystko! Czy klacz wejdzie bez problemu do przyczepy, czy będzie grzecznie jechać, czy nie będzie to dla niej duży stres, jaka jest.

Kiedy dojechałam na miejsce i ją pierwszy raz ujrzałam, nie spodziewałam się TAKIEGO obrazka. Myślałam, że widziałam już wszystko, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Magia prowadzona na sznurku kwiczała i posikiwała ze strachu na widok osoby prowadzącej. Przywiązana do ogrodzenia zaczęła jeść trawę, a każdy ruch człowieka powodował "kwik, sik i wierzg". Widywałam już takie zachowania klaczy, ale zawsze do innych koni. W ten sposób informują one o swoim strachu, że są bezbronne i proszą aby nie robić im krzywdy. Wtedy zrozumiałam, że problem jest ogromy, że nikt nie chciał tego konia, bo jest "niebezpieczny".
Uśmiechnęłam się, podeszłam do niej i ciepłym głosem uspokajając powiedziałam, że już będzie dobrze. Ona wylękniona rwała trawę dalej. Jak na szpilkach stała. jakby miała stać się pegazem i polecieć hen hen od tych okropnych, dwunożnych istot.

Po wszelkich formalnościach nadszedł moment pakowania do przyczepy. Gospodarz, który ja "przechowywał" niestety też nie był idealny. Nie bił i nie krzywdził, ale za bardzo nie przykładał się do opieki.
Pomimo, że od grudnia u niego stała i dobrze go znała, powiedział, że nie chce jej wprowadzać do przyczepy . I tak ja - obca - wprowadzałam konia do potwornej i ciasnej puszki. W mojej ocenie to nie mogło się udać... a po minucie klacz już stała przede mną w środku, gotowa na swoją podróż w nieznane.

Ruszyliśmy czym prędzej, aby klacz na próżno nie stała w przyczepie. Cała droga przebiegła niesamowicie spokojnie. Ona bardzo dzielnie zniosła całą podróż z dwoma krótkimi postojami. Oczywiście trafiło się kilku debili, którzy z wielką frustracją trąbili na nas wyprzedzając, bo prędkość moja nie przekraczał 80 km/h a nie chciałam im zjechać na nierówne pobocze. Mamy taki ciemnogród w kraju, że aż szkoda gadać.

Po 3 godzinnej podróży dotarliśmy na miejsce. Podczas wyprowadzania z przyczepy Magia bardzo dzielnie się słuchała. Kiedy zobaczyła inne konie zaczęła kwiczeć i sikać - oczywiście ze strachu. To samo zrobiła, kiedy chciałam odpiąć uwiąz na ogrodzonym padoku- nakrzyczała na mnie tupiąc. Zrozumiałam wtedy, że to czysty strach, a nie chęć ataku. Odeszłam od niej spokojnie. Tego dnia już nie dała do siebie podejść. Biegała, kwiczała, sikała, wierzgała - 5 metrów było bezpieczną odległością. Dałam jej święty spokój. Przyniosłam wodę. Pomyślałam, że po kilku godzinach do niej wrócę i ponowię próbę zaprowadzenia do stajni.

O 1 w nocy, kiedy była już najwyższa pora na zamieszkanie w nowej stajni, poszłam po nią na padok. Była już wydeptana ścieżka wzdłuż ogrodzenia. Klacz była zniecierpliwiona. Zobaczyła mnie. Ja ze spuszczonym wzrokiem podeszłam do niej z opuszczoną głową oraz ramionami - trochę bardziej bokiem niż od przodu (ja po jednej stronie ogrodzenia ona po drugiej). Stała drżąc. Bacznie obserwowała moje ruchy. Pomalutku położyłam rękę na wysokości kłębu i zaczęłam ją drapać. Klacz zdziwiona - człowiek takich rzeczy do tej pory nie robił. Jej mordka wykręciła się w charakterystyczny grymas. Przesunięcie ręki na szyję, a następnie delikatne złapanie za kantar nie było już problemem. Poszła za mną do nowego domu w lekkim zmieszaniu, że przegapiła zapięcie uwiązu do kantara :)

A w boksie same radości. Jabłko, marchewka, siano i ciepła kolacja. Wszystko w ilościach "dla smaku" aby nie wywołać szoku dla organizmu. Jeszcze niedawno klacz praktycznie nic nie jadła, a z relacji tymczasowego opiekuna - równie niechętnie jadła też siano (oczywiście nic z tym nie zrobił - bo po co). Jak łapczywie łapała kawałki marchewki czy jabłka dyskretnie przyjrzałam się jej zębom . Wszystko jasne. Zębiska jak szpony orła. Nieużywane - więc nienaturalnie wyrosły. Końskie zęby są długokoronowe. Rosną przez całe życie, gdyż mają zadanie trzeć pokarm. Przy pobieraniu pożywienia ścierają się. A co jak koń nie dostaje jedzenia? Łatwo się domyślić. Rosną tak, że przeszkadzają w normalnym żuciu, a ich ostre krawędzie ranią policzki od wewnątrz.

Korekta zębów (tarnikowanie) to na razie za wiele atrakcji jak na jeden raz dla zestresowanego konia - muszę przeczekać kilka dni. W takich sytuacjach suchy chleb świetnie się sprawdza, a Magia go po prostu uwielbia. Tak jakby wiedziała, że to jej pomaga i pieczołowicie go gryzie.

Co przyniosą kolejne dni? Sama jestem ciekawa. Pracowałam z wieloma końmi, ale ten będzie prawdziwym wyzwaniem. Na razie jest to początek naszej długiej drogi do budowy zaufania.

Chcecie pomóc? Też możecie dołożyć cegiełkę. Proszę podpiszcie petycję o "Zaostrzenie kar za bestialskie znęcanie się nad zwierzętami", aby zwyrodnialcy tacy jak były "właściciel" Magii ponieśli surowe konsekwencje swoich czynów!



Wystarczy jeden podpis, a tragedia jaka przydarzyła się Magii zostanie odpowiednio ukarana.

Postaram się na bieżąco pisać to co się z klaczą dzieje oraz jak przeżywa aklimatyzację i socjalizację w stadzie. 

Brak komentarzy: