niedziela, 9 lutego 2014

(Testowanie sprzętu pochłania przede wszystkim dużo czasu. Przy prowadzeniu bloga liczą się regularne, treściwe i częste wpisy. Inaczej blog nie ma racji bytu. Dzisiaj spojrzałam na ostatni wpis - sprzed tygodnia. Pomyślałam, że tak być nie może i postanowiłam, że poszerzę horyzont o to czym zajmuje się na co dzień - o pracę z końmi. Na wstępie lekka opowieść z minionego tygodnia. W przyszłości tajniki pracy z końmi na prawdziwych przykładach. Już teraz możecie zgłaszać swoje pytania dotyczące koni lub proponować zagadnienia do poruszenia poprzez blog lub na drodze mailowej: equesttest@gmail.com)




Zimowa sesja zdjęciowa
(prywatnie)


Zrobienie dobrego zdjęcia zwierzęcia w ruchu jest niezwykle trudne i wymaga dobrego oka fotografa (w tym przypadku - "czującego" jeździectwo) oraz doświadczenia w tym temacie. Uchwycić piękno i dynamikę konia zachowując pełną ostrość szalejącego modela jest niezwykle trudne. Często wykonujemy 100 zdjęć, z których zaledwie 5 nadaje się do dalszej publikacji. Chciałabym opowiedzieć Wam historię sesji zdjęciowej jednego z moich koni. 

Gniady, 7 letni ogier rasy OO o nieposkromionych pokładach energii to trudny obiekt do fotografowania. Dodatkowo do zdjęć w ruchu potrzebne są dwie osoby: jedna "pstrykająca" druga odpowiedzialna za "tresurę" konia. Tresurę? Tak, nie pomyliłam się. Układam konie metodami naturalnymi (wg. zasad Montego Robertsa) więc ze swoimi końmi tworzę stado, gdzie przewodnik jest tylko jeden. Jest to dla mnie jedyna i słuszna metoda komunikacji. Dbam o poczcie bezpieczeństwa i o azyl w boksie konia. Czemu to jest takie ważne? Otóż podczas tej zimowej sesji mój rumak od razu na wstępie tak się rozbrykał, że postanowił poszerzyć zakres terenu do biegania i luzem wbiegł na teren stajni. Fotograf zbladł. Ja podążyłam za nim dość spiesznie, w końcu to ogier. Luzem. Przy klaczach. I to co się później wydarzyło przypieczętowało słuszność mojej metody. Ten dziki zwierz w połowie drogi zorientował się, że "stado" zniknęło mu z oczu. W ataku paniki postanowił udać się tam gdzie bezpiecznie - do boksu - do azylu. Kiedy dotarłam do stajni okazało się, że tętniący testosteronem koń stoi przed swoim boksem (który się niechcący zamknął) i czeka aby ktoś go do niego wpuścił. Nie poleciał do klaczy, nie poszedł niszczyć wszystkiego co żyje. Dumna wpuściłam go do boksu, takie zachowanie nagrodziłam dając mu chwilę spokoju i ponownie wyprowadziłam na sesje zdjęciową klepiąc go po szyi z wielkim uznaniem. 


Jednak to nie był koniec niespodzianki dla mistrza aparatu. 

Z reguły najlepsze ujęcia koni są wtedy kiedy zwierzaki są wystane lub ktoś za nimi biega z uwiązem/batem i ponagla. Mój do wystanych nigdy nie należał, ale doskonale rozumie komendę odsyłającą i przywołującą. O ile ode mnie biegł z pięknym "arabskim bukietem", ale głową odwróconą w moim kierunku o tyle do mnie pędził na pełnych obrotach - tzw. ile fabryka dała i to wszystko na skinienie jednym palcem. Po 10 minutach mieliśmy TE wymarzone ujęcia na kliszy, a raczej na karcie pamięci, a koń przywołany do zbiórki sam wcisnął głowę w kantar, dając do zrozumienia, że jest już gotowy do powrotu.
Do tej pory nie wiem, która mina fotografa była bardziej bezcenna - czy podczas szaleńczego powrotu konia do stajni czy podczas samej sesji. Tego dnia po raz kolejny udowodniłam moc metody Montego. Że praca z koniem w sposób dla niego zrozumiały jest najbardziej opłacalna. Prawda, może jakiś czas trwać, ale każdy słodki owoc musi długo dojrzewać, a pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł! 
Zostawiam Was z tą myślą, aż do następnego wpisu:)

1 komentarz:

Kruszyna pisze...

Mądra Właścicielka to i mądry koń. Ale szacunek dla Ciebie i konia bo zapewne obydwoje ogrom pracy wlożyliście, żeby tak się rozumieć.