piątek, 14 lutego 2014


Metody naturalne
 „polish” wersja



Tytuł mocno prześmiewczy, ale niestety jakże prawdziwy. Powszechnie wiadomo, że ludzką naturą jest ulegać modzie i ślepo za nią podążać. Tak jest np. w branży odzieżowej - w gumiakach jeździeckich (w których my jeźdźcy najczęściej wykonujemy  najbrudniejsze prace) spotkamy „trendy” panią przechadzającą się po ruchliwej galerii handlowej. Bezmyślne podążanie za tłumem bywa zgubne. Pamiętajmy, że popyt czyni podaż i ci bardziej przedsiębiorczy zrobią z tego biznes. To właśnie czekało metody naturalne w naszym kraju. Stały się maszynką do zarabiania pieniędzy. Zatarła się pierwotna potrzeba, jaką było rozumienie koni i bezstresowa, zrozumiała praca z nimi. W sklepach internetowych pojawiły się specjalne "kity do naturala”, stworzono super patenty (np. blokery uwiązu, carotstick’i), mnóstwo wydań oraz lekcji DVD, certyfikatów i dyplomów. Nowe zagadnienia i ich wynalazcy szumnie nazywający się Zaklinaczami Koni.


A do czego to wszystko prowadzi? Linki za grube dolary, które w sklepie rzemieślniczym kosztują kilka centów. Super patenty, bez których (wg. Autorów lekcji) nie uda nam się osiągnąć upragnionego celu, a konieczność ich zakupienia narzucają drogie DVD. PĘTA (de facto oferowane na stronie Jeździectwa Naturalnego Bez Tajemnic JNBT!), które same w sobie przeczą zasadom metody naturalnej, bo zmuszają konie do pewnych czynności sztucznie uniemożliwiając im ruch! Wszystko sprytnie przemyślane po to aby nabić kieszenie "wynalazcy" i zaślepić nabywcę. Certyfikaty/dyplomy które w ogólnym rozrachunku znaczą tyle co dyplom ukończenia szkoły podstawowej w CV osoby starającej się o stanowisko prezesa w wielkiej korporacji. Dla mnie sama nazwa JNBT to zbitek przeczących sobie słów – jak jeździectwo może być naturalne, jak sztucznym jest sama jazda na koniach... No przecież Matka Natura (ta sama co ma lodówkę pełną mrożonek HortexJ ) nie stworzyła konia z jeźdźcem na grzbiecie, tylko sam człowiek się tam posadził.


Zatem pytam się, gdzie jest ta wiedza, za którą tak naprawdę płacimy? Która ma zostać w głowie? Jaka jest jej słuszność i wartość? Dowiadujemy się, że musimy „przejść” kilka „level’ów” aby być certyfikowanym Zaklinaczem Koni - no proszę!
To może pora wtrącić parę słów o tej prawdziwej odmianie "naturala", która daleko stroni od tych super wymysłów, zanim wpadniemy w sidła przedsiębiorczych „biznesmenów”. Przede wszystkim poziomu zaawansowania nie możemy odmierzać ilością zaliczonych „level’i” (to sztuczny podział wprowadzony tylko po to abyśmy wiedzieli że nie płacimy za powietrze i ile jeszcze zapłacić będziemy musieli) ani liczbą zdobytych certyfikatów. Wyrażamy go godzinami praktyki poświęconej na konkretne zagadnienie. Tutaj prosty przykład – osoba, która skończyła kurs prawa jazdy i jest przed egzaminem oraz taka która świeżo go zdała, to ten sam poziom umiejętności. Tylko odpowiednia ilość godzin wyjeżdżonych samochodem w praktyce, czyni człowieka dobrym kierowcą.


Praktyka czyni Mistrzem. Metody naturalne trzeba czuć i rozmieć! Należy stosować je odruchowo, głęboko zakotwiczyć w pamięci motorycznej (pozdrawiam Angelike B.;) )
Cóż to za "zaklinacz" który pracuje podstawowym schematem? Recytowanie na pamięć bez dobrego zrozumienia mija się z celem i założeniami metod naturalnych. Przecież koń to inteligentne zwierzę i bardzo szybko uczy się "sztuczek" i markowania sygnałów, jeżeli widzi ze pewne jego zachowania (nie do końca zgodne z jego zdaniem) przynoszą upragniony efekt w postaci nagrody? Nagroda może być różnoraka: organoleptyczna lub psychologiczna (temat nagradzania konia omówię przy okazji innego wpisu). Ważne ze jest akcja i reakcja. Człowiek recytuje na pamięć schemat i koń też. Częsty widok na arenie początkujących zaklinaczy. Patrząc od drugiej strony, nie ma poważniejszego błędu, jak zaczniemy pracę naturalną, nie rozumiejąc  wszystkich sygnałów jakie wysyła nam koń. Kilkukrotnie „głuchy” i „niewidomy” człowiek bardzo szybko oducza wierzchowca rozmawiać i zachęca do zamykania się w sobie. Późniejsza praca z takim koniem staje się nad wyraz trudna, staje się długa i bardzo mozolna. Wówczas podczas naturalnego treningu częściej spotyka regres niż progres, a to dla zaklinacza jest demobilizujące. 


W takim razie, co jest potrzebne aby zacząć uczyć się pracy metodą naturalną?
Tutaj pseudotrenerzy pseudonauk naturalnych zacierają ręce w oczekiwaniu na to, że padną słowa, iż potrzeba zasobnego portfela i trylion patentów ze sklepu „naturalsowego”. Bzdura! Potrzebujecie przede wszystkim własnego konia, otwartego umysłu oraz szczerych chęci. Zanim się obejrzycie już będziecie potrafili rozmawiać z końmi. Dlaczego własnego konia? Musicie pamiętać, że praca naturalna to nie zabawa. Za każdym razem zostaje cząstka niej w naszym zwierzęciu – porównałabym to z piętnem. Tylko od was zależy czy pozytywna czy negatywna. Każda ingerencja psychologiczna w żywy organizm pozostawia swoje ślady. Szybkie efekty przynosi indywidualna praca z koniem którego mamy na wyłączność. Końskie charaktery są tak rożne jak odmiennych ludzi spotykamy przez całe swoje życie. Nie sztuką jest się nauczyć metod na pamięć. Docelowym osiągnięciem jest pojąć je, zrozumieć i umiejętnie zastosować w przypadku koni o odrębnych temperamentach. Praca z wierzchowcami, które maja kontakt z różnymi ludźmi jest bardzo trudna i ciężko jest prowadzić zrozumiały i satysfakcjonujący dla obu stron dialog. No tak, ale zaraz ktoś powie, ze przecież prawdziwy Zaklinacz potrafi dogadać się z każdym koniem. Odpowiedz jest prosta: prawdziwy Zaklinacz potrafi rozmawiać ze wszystkimi końmi, ale jak się uczył to rozmawiał (przynajmniej próbował) z jednym. Dużo łatwiej poznać jedno zwierzę i wyciągać słuszne wnioski niż ogarnąć od razu całe stado.

W takim razie jak i gdzie się uczyć?
Od doświadczonych zaklinaczy, którzy wiedzę czerpali od najznakomitszych mentorów. Jak nie ma takich w pobliżu lub sami nie czujemy się na siłach aby ocenić cudzą wiedzę, to pozostaje nam lektura fachowych książek (ogólnodostępnych np. w bibliotekach). Wiedzy nie powinno się czerpać z for internetowych, gdzie wypowiadają się ludzie anonimowi, a od takich autorów jak Monty Roberts. To prawdziwy Guru rdzennego „naturala”, a nie sztuczek magiczek - cudów na kiju czy szkoły cyrkowej. Przeczytaną i przyswojoną treść trzeba wdrażać w życie. Zaczynamy od wielogodzinnych obserwacji stada koni, podczas których należy próbować zrozumieć ich wzajemną relacje. Powinniśmy obserwować tak długo aż poszczególne interakcje, nawet te najsubtelniejsze, staną się dla nas wyraźne i oczywiste. Dopiero jak skończymy „prywatny kurs”, na który przeznaczymy "milion" godzin, a nie „milion monet”, zacznijmy prace ze swoim koniem. Po pewnym czasie zbudujemy piękna więź i pełne zrozumienie. „Odszyfrowanie” nastroju wierzchowca i dobór odpowiedniej reakcji będzie dla nas sprawą naturalną (zbieżność nazewnictwa?). To podstawa w budowaniu zaufania, a dalszej perspektywie "dziwnego" stada, gdzie przewodnik/mentor będzie tylko jeden – człowiek. 



Na koniec kilka słów o „anty-naturalsach”.


Jest ich równie wielu co zwolenników. Dziwi to, skoro metoda ta przynosi wymierne efekty, a konie pod jej wpływem stają się dużo lepiej jezdne/ opanowywane. Chętniej i szybciej się uczą. Najczęściej osoby przeciwne tej metodzie niezrozumiały jej pobudek lub miały nieprzyjemność obserwowania pseudonaturalsów lub „polish” wersji, w której często nabija się ludzi w butelkę. 
Apeluje do wszystkich, którzy chcą zacząć swoją przygodę z „naturalem”: nie dajcie się oszukać. Najlepsi Zaklinacze zapłacili za swoja wiedze kilogramami konsekwencji, kilometrami obserwacji i godzinami praktyku, a nie dwa i pół tysiąca  złotych plus certyfikat, którym można wytapetować ścianę łazienki.

Brak komentarzy: