Aby dobrze pisać bloga trzeba to robić REGULARNIE. Tak sobie powtarzam cały czas, ale w rzeczywistości wychodzi jak widać:) Aby pisać dobrego bloga, trzeba mieć co pisać - czyli dobry materiał, najlepiej poparty zdjęciami oraz czas. Tego ostatniego brakuje mi najbardziej, jednak materiału zebrało się już tyle, że nie mogę dłużej zwlekać, bo inaczej pojedyncze wpisy będą długością przypominały 100 stronicową książkę.
Magia z dnia na dzień czuje się pewniej we własnym stadzie. Już nie boi się pozostałych koni, a kozą pomiata - wyjątkowo nie polubiła tego rogatego uparciucha - ewidentnie nie nadają na tych samych falach. Ah te baby:)
Kiedyś różowości, cukierki i słodkości skończyć się musiały i ujawnił się, ukryty do tej pory, Factor X:) Praca z klaczą szła dobrym i progresywnym tempem, żeby nie zaryzykować stwierdzenia, że z łatwością. Genialnie odpowiadała na wszystkie sygnały, które jej wysyłałam. Zaczęła budować się więź - na razie o sile bawełnianej nitki, ale jak optymista by powiedział: JAKAŚ.
Kiedy minął okres kwarantanny - dałam jej dwa tygodnie urlopu od człowieka i jego wymagania CZEGOŚ - zaczęłam od wymagania grzecznego stania przy pielęgnacji sierści. Bardzo szybko podczas czyszczenia - niech nie zaskoczy Was fakt, że w lipcu koń posiada jeszcze sierść zimową - ujawnił się mały mankament. Okazało się, że Magiczna boi się podnoszenia tylnych nóg. Nareszcie jakieś wyzwanie pomyślałam. Jest nad czym pracować:) No i zrobiło się niewesoło. Strach bardzo szybko przeradzał się w odganianie namolnego człowieka nogą - oraz celowanie kopytem:) Jeżeli kiedykolwiek baliście się, że koń was kopnie jak podejdziecie do niego od tyłu - ona byłaby modelowa do demonstracji takich zachowań i oduczania ludzi podchodzenia do konia.
Na pewno nie WOLNO w takiej sytuacji odskoczyć od konia i zacząć okazywać strach - o to zwierzęciu chodzi. Najlepiej jakbyśmy nie dawali tej satysfakcji, bo sytuacja będzie się powtarzała za każdym razem. Oczywiście nie należy też stać jak słup soli i dać się kopnąć - to byłoby zbyt hardcorowe:) Tutaj dochodzi kolejny mały szczegół - nie wolno konia uderzyć. Po pierwsze jak trafimy na walecznego (Pozdrawiam z tego miejsca mojego ukochanego ZimZima:)) to dostaniemy po raz drugi i to dwa razy mocniej, a jak trafimy na tego po przejściach nadszarpniemy wypracowane zaufanie. W moim przypadku stawka była bardzo wysoka, bo niteczkę bardzo łatwo się zrywa. Postanowiłam dokończyć czyszczenie jakby nigdy nic i następnego dnia ją lekko zaskoczyć:)
Co jest najlepsze na konie kopacze? Fantom ręki:) Ten wieczór był bardzo twórczy. Dla większości osób robiłam stracha na wróble, tylko nie wiedzieć czemu zaczęłam od ręki:) Kij, stara koszula, rękawica spawalnicza oraz "tona" słomy i voila! Sztuczna ręka gotowa. Teraz tylko trzeba niepostrzeżenie z tym podejść do Magi. Trzymając ją za uwiąz głaskałam najpierw ją po całym ciele, aby oswoić z nowym przyrządem "tortur". Bez paniki szybko polubiła tą fajna koniodrapaczkę. Te ludzie to czasem zmyślne są, doprawdy. Zabawa zaczęła się jak super rączka dotarła do tylnej pęciny. Kwik i wierzg ale bez sika (ufff), bo obyło się bez prysznica. Czemu nie było sika? Tym razem to był syndrom niezadowolenia. No czego się spodziewaliście? Aż tak szybko koń się nie resocjalizuje, jednak pozytyw trzeba odnaleźć w tym, że klacz okazuje niezadowolenie - co oznacza, że czuje się pewnie w naszym związku - ciut za pewnie:) Czynność powtarzałam do znudzenia, aż kwik zanikł, a wierzg przerodził się w podnoszenie nogi do góry. Połowa sukcesu. Przecież chcę aby koń podnosił nogę jak o nią poproszę, tylko jeszcze trzeba zadbać o to, aby nie machała nią celując we mnie.
Nagrodą był pyszny chlebek - przyjemny z pożytecznym (cały czas ścieramy ząbki i bardzo dobrze już jemy). Parę dni później sztuczna ręka = chlebek. Nie wiem jakim cudem zaczęła tak rozumować uskuteczniając drogę na skróty. Macanie nogi "przedłużaczem" nie robiło już na niej większego wrażenia. Liczył się tylko smakołyk w kieszeni, a że nie ma nic za darmo, trzeba było grzecznie stać.
Czwartego dnia odważyłam się pojawić bez fantoma. Bardzo ważne jest to aby potrafić podejść do tylnej nogi konia, który kiedyś kopał. Nigdy nie wiemy czy nie będzie kopał dalej. Po czyszczeniu całego ciała przyszedł czas na nogi. Przednia lewa wzorowo, tylna lewa... trzeba podejść stojąc bardzo blisko i lekko przed tylną nogę - NIGDY ZA lub OBOK, bo będziemy banalnym celem. Rękę położyłam na zadzie głaszcząc go, a następnie powoli (nieustannie głaszcząc) przesuwałam dłoń coraz niżej i niżej. Kiedy Magia odciążyła dotykaną kończynę, głaskanie nie ustało. Zatrzymałam się na chwilę, aby powoli i delikatnie chwycić nogę mówiąc "daj nogę". Za pierwszy razem sama musiałam ją podnieść do góry. Chwile potrzymałam, pogrzebałam kopystką, lekko wyciągając spod konia do tyłu i opuściłam. Następstwem była nagroda. Klacz dzielnie zniosła zabieg. Druga tylna była o tyle lepsza, bo klacz sama ją podała:). Prawa przednia była formalnością.
I tak Magia zaczęła podawać nogi. Czasami trochę mniej pewnie, ale już bez celowania. Kolejny mały sukces za nami.
Dzięki temu, że w końcu tylne nogi podała moim oczom ukazał się spód kopyta. Zarośnięty jakby nigdy kowala nie widział. Przypomniał mi się obrazek z domu tymczasowego klaczy, gdzie na podwórku stał poskrom. Jest to ciasny, metalowy, rurowy stelaż w którym zwierze jest ściśnięte i uwięzione do zabiegów weterynaryjnych, krycia czy rozczyszczania kopyt. Widok wprowadzania, zamykania i "oprawiania" zwierzęcia w takim tworze zawsze budził we mnie smutek i złość na ludzką głupotę. Machina do zmuszania i wymuszania. Brak współpracy, brak zaufania, przymus siłą. To nie jest prawidłowa droga pracy ze zwierzętami. Od czegoś mamy mózgi, potrafimy się między sobą komunikować. Dlaczego tak często wybieramy drogę na skróty i korzystamy z naszego intelektu w niewłaściwy sposób? Czemu chcemy uzyskać wszystko SZYBKO i SIŁĄ? Nie rozumiem. Siłowe rozwiązania bardzo szybko przestają się sprawdzać, jak tylko zwierze postanowi się bronić i pozna swoją siłę. Wtedy każdemu siłaczowi życzę powodzenia w relacjach z takim koniem. Nie widziałam jeszcze człowieka, który siłą utrzymał rozjuszone 500 kilogramów uzbrojone w zęby i twarde kopyta! W starciu my mamy przewagę TYLKO intelektu, siłą zwierze nas przewyższa. Czyli wiadomo czego trzeba użyć, abyśmy postawili na swoim?
Po dwóch tygodniach od odstawienia sztucznej ręki w życiu Magii pojawił się kolejny, regularny punkt programu: kowal. Owszem nogi podaje, ale podczas rozczyszczania trzeba ustać na trzech nogach przez określony czas z jedną kończyną wyciągniętą spod tułowia. Do tego kowal jest mężczyzną, a ci dziewczynce dobrze się nie kojarzą. Ze stwierdzeniem "Co ma być to będzie, everything's gona by alright" po Kacprze i Astorze przyszła kolej Magii na mani&pedicure. Klacz jak ujrzała nowego człowieka, który coś dziwnego chciał od niej, rżała za stadem. Zapach kopytowych ścin doprawiał ją o straszną drgawko-trzęsiawkę i rzadką kupę. Podejrzewam, że ten zapach bardzo źle jej się kojarzył. To nie nastrajało nas pozytywnie. Najpierw sama podniosłam przednią nogę, aby zobaczyć czy w ogóle będzie chciała ją podać. Kiedy okazało się, że owszem boi się, ale nogę daje, rozpoczęło się rozczyszczanie. Może trwało to dłużej, niż zwykle schodzi się na jednego konia. Może trochę machała tylna nogą, bo niecierpliwiła się kiedy koniec, ale mimo wszystko jestem z niej bardzo dumna. Nie zrobiła nikomu krzywdy, nie walczyła, stała posłusznie znosząc nieprzyjemny zabieg - bo kopyta miała strasznie zapuszczone, a strzałki pognite.
Udowodniła, że cierpliwość i regularna, konsekwentna praca dają super efekty. Kowal bez poskromu? Ciekawe czy ktoś w to uwierzy:) Świadka mam tylko jednego - jest nim sam Adam Semczuk, który dzielnie znosił grymasy mojej księżniczki:) Za 7 tygodni znowu się spotkają, tylko mam nadzieje, że do tego czasu zwalczymy zgniłe strzałki, a samo rozczyszczanie obędzie się bez trzęsiawek.
To był bardzo napięty tydzień dla Magii, bo dzisiaj nauczyła się kolejnej czynności. Wzięła swoja pierwszą kąpiel. Zaufanie, którym jestem obdarzana, z dnia na dzień rośnie. Lanie wodą po koniu było więc czymś zrozumiałym i przynoszącym miłe ukojenie podczas upału. Nie walczyła - bała się tylko na początku i chrapała nozdrzami, ale lęk szybko zakończył się głębokim westchnieniem. Ah te ludzie - czego oni nie wymyślą, ale chlodna woda w taki upał jest jak zbawienie. Później tylko trzeba się wytarzać w miękkim sianie (no przecież nie w piachu) i nic więcej do szczęścia nie trzeba.
Naszedł bardzo długi i mozolny okres w życiu Magii - musimy przybrać więcej na wadze. Ścigamy się z zimą. Jak tylko doprowadzimy kopyta do stanu używalności zaczniemy pomału pracować na lonży budując mięśnie grzbietu i zadu - tutaj głodówka poczyniła największe spustoszenie.
Oto kilka zdjęć z dzisiejszego HorseShower:)





1 komentarz:
Historia magicznej klaczy wciąga coraz bardziej. Fajnie opisujesz postępy i swoje metody pracy z nią. Czekam na kolejne wpisy :)) M.
Prześlij komentarz